Podobno Jackie Chan marzył o zrobieniu tego filmu. Połączenie dwóch światów (wschodu i zachodu) kiedyś już się udało w filmie „Samuraj i kowboje”. Tyle że wtedy nie było takiej gwiazdy kina kopanego, która z wdziękiem równym baletnicy walczy z przeciwnikami wszystkim, co się znajdzie akurat pod ręką. Ale jak to „wrzucić” w motyw westernu? Tworząc zgrabną parodię gatunku z wszystkimi jej walorami począwszy od napadu na pociąg, dalej Indian a na bezwzględnym szeryfie kończąc. Historia pokrótce wygląda następująco: z Zaginionego Miasta zostaje porwana chińska księżniczka, jej tropem podąża dzielny wojak Chan, który zanim odnajdzie uprowadzoną będzie świadkiem wielu zabawnych przygód – oczywiście już na Dzikim Zachodzie. Pozna tam nieudolnego ale sympatycznego rewolwerowca O’Banona (delektujący się swoimi mądrościami Owen Wilson), który okaże się Wayattem Earpem i na przekór będzie wymawiał Chon Wang (którego gra Chan) jak John Wayne. Takich zabawnych aluzji jest w filmie więcej. Ale najbardziej cieszą oko akrobacje kung-fu, których na westernach dotychczas nie widzieliśmy. Podsumowując zabawa jest przednia, jeśli ktoś lubi oglądać w akcji Jackie Chana, który w towarzystwie Wilsona tworzy tutaj jeden z ciekawych komediowo-westernowych duetów. Ale i tak palmę pierwszeństwa pod względem humorystycznym zgarnie wytresowany przez Chińczyka koń, który podobnie jak film parodiuje znane stereotypy.
Bądź pierwszym, komentującym ten artykuł
Napisz Komentarz
Proszę utrzymaj temat komentarza związany z przedmiotem artykułu. Publikowane treści nie mogą być wulgarne, rasistowskie, niezgodne z zasadami ogólno pojętych norm kultury, spamerskie itp. Administrator zastrzega sobie prawo do usunięcia bez powiadomienia komentarzy łamiących te zasady.
Są rzeczy, które trzeba zrobić, i robi się je, ale nigdy się o nich nie mówi. Nie da się ich usprawiedliwić. Są nie do usprawiedliwienia. Po prostu się je robi. A potem o nich zapomina