| Obsada: |
Eddie Murphy, Arsenio Hall, James Earl Jones, John Amos
|
Co sprawia że "Księcia" mogę oglądać w nieskończoność? Amerykański sen spełniający się na oczach widzów, będących świadkami błyskotliwej kariery od zera do bohatera. I to nie byle kogo ale samego księcia państwa Zamunda (Murphy), który w dniu ślubu postanawia poznać świat zanim zostanie usidlony przez małżonkę. Tak przynajmniej głosi oficjalna wersja, faktycznie próbuje znaleźć damę serca w środku slumsów Nowego Jorku. Człowiek od dzieciństwa wyręczany we wszystkim przez służbę (od mycia zębów po podcieranie pupy 21-latka) w zderzeniu z brutalną (Samuel L. Jackson) rzeczywistością nauczy się m.in. do kogo należy się zgłosić aby spotykać się z dziewczyną.
Komicznych sytuacji jest na pęczki, dialogi autentycznie rozbrajają śmiechem, dwóch komików Murphy i Hall gra za ośmiu (naprawdę!). Ponownie pod okiem Johna Landisa ciemnoskóry aktor daje popis niecodziennego talentu wcielając się w połowę bywalców salonu fryzjerskiego. Ich przekomarzania w sprawach boksu są jak miód dla ucha - czterech zgryźliwych ale sympatycznych tetryków. Nie zapomnijmy o dwóch znajomych ("Nieoczekiwana zmiana miejsc") żebrakach Randolphie i Mortimerze, którzy grając braci Duke w poprzednim hicie Landisa z rekinów biznesu skończyło w rynsztoku (właśnie za sprawą Murphy'ego). Tutaj dostawszy jałmużnę odgrażają się powrotem do życia! Ale to nie pieniądze dają szczęście, czego uczą nas twórcy - to najprawdziwsze love story wpisane w "american dream" jest tematem numer jeden. Kasowy hit (288 mln zielonych zamundyjskich dolarów na całym świecie) ugruntował pozycję Murphy'ego, który ponownie spotkał się z Landisem na planie trzeciej odsłony "Gliniarza z Beverly Hills". A w pamięci widzów (i mojej) pozostał jako jeden z klasyków komedii do których można wracać w nieskończoność.
|