| Obsada: |
Tippi Hedren, Sean Connery, Diane Baker, Bruce Dern, Diane Baker
|
Z początku zapowiadało się na lekką komedię kryminalną o przebiegłej złodziejce okradającej coraz lepszych "klientów". Piękna oszustka (Tippi Hedren) na swej drodze natrafi na przystojnego bruneta (Sean Connery, świeżo upieczony agent 007) i romans murowany. Faktycznie w dużym uproszczeniu tak by można początek tej intrygi opisać, ale im dalej w las tym ciemniej i mroczniej. "Marnie" okazała się grą pozorów, dramatem psychologicznym atmosferą przypominającym arcydzieło Hitchcocka "Psychoza". Głównym problemem będzie osoba głównej bohaterki, borykająca się koszmarami z przeszłości - dostaje niewyjaśnionych napadów lęku na widok czerwonego koloru, odgłosów burzy i... męskiego dotyku. Za tym kryje się tragiczne doznanie, które spróbuje wydobyć i zaradzić opiekuńczy brunet Mark.
Bohater razem z widzem stopniowo odkrywa kulisy obsesji, furii, lęków i niezrozumiałego zachowania tytułowej Marnie. Jak trafnie określił to jeden z internautów - "ten film jest najbardziej freudowskim z thrillerów Hitchcocka". Nie sposób ukryć fascynacji osobą tajemniczej blond piękności, która wpierw przyciąga a później odpycha swoim zachowaniem. Reżyser pragnął obsadzić w tej roli Grace Kelly, jednak wyraźny sprzeciw wyraziły władze Monako, którym nie spodobał się pomysł by ich księżniczka grała złodziejkę. Ta odmowa była źródłem późniejszego konfliktu na linii Kelly - wytwórnia MGM, która zabroniła jej grania u innych dopóki nie wywiąże się z kontraktu. Być może z pożytkiem dla filmu Tippi Hedren zagrała nad wyraz przekonująco świetnie łącząc w sobie piękno i strach. Jeszcze zabawna anegdota z planu: po kilku ujęciach Hedren zwróciła się do Hitchcocka z pytaniem "Marnie ma być oziębła - a widziałeś go?" mając na myśli młodego czarującego Connery'ego. Na co reżyser odparł dyplomatycznie "Tak, moja droga, to się nazywa aktorstwo".
|