|
Jak to jest, że prawdziwe dno rozpoznaje się po pierwszych 10 minutach? Niestety jesteśmy świadkami upadku gwiazdy kina kopanego lat ’90, jaką niewątpliwie był Steven Seagal. Historia jest tak banalnie żałosna, iż szkoda ją nawet opisywać, ale spróbujmy: wtyczka FBI ląduje w nowym Alcatraz nie wiadomo tylko w jakim celu. Tymczasem więzienie opanowuje grupa przestępców chcących zdobyć informacje o ukrytym skarbie (posiada je skazany na krzesło więzień). Prawda, że głupie? A ogląda się jeszcze gorzej. Po 20 minutach miałem dość, po 30 waliłem głową w mur. Patrząc na Seagala zastanawiam się jak doszło do tego, że już nie mogę na niego patrzeć. Czy to kwestia aktorstwa, złego doboru reżyserów/scenariuszy czy też narcyzmu? Zapewne wszystkiego po trochu. Wyjaśnię jeszcze genezę tytułu: na początku nasz bohater zostaje postrzelony i umiera... na 20 minut (!), po których udaje się go przywrócić do świata żywych. Ręce opadają.
|