| Obsada: |
Tom Cruise, Jamie Foxx, Jada Pinkett Smith, Mark Ruffalo, Peter Berg, Irma P. Hall
|
Michaela Manna kojarzę z dwoma filmami: przepiękną przygodową historią "Ostatniego Mohikanina" i przesadnie długiej aczkolwiek momentami interesującej "Gorączce". Ta druga pozycja zaliczana do dramatu sensacyjnego jest i tym razem motywem całej opowieści. Płatny zabójca Vincent (sugestywny Tom Cruise) przyjeżdża do Los Angeles aby zrealizować kontrakt - pięć zabójstw w ciągu jednej nocy. Jako środek transportu wybierze taksówkę, w której za kierownicą zobaczymy spokojnego ciemnoskórego Maxa (nominowany do Oscara Jamie Foxx). Kierowca z początku niechętny takiemu obrotowi sytuacji pod wpływem argumentu siły (czytaj: pistoletu) podda się woli swego pasażera. O potencjalnych ofiarach nic nie wiadomo, niemniej Max zacznie nabierać odwagi by przeciwstawić się zimnemu i wyrachowanemu zabójcy. Tylko czy wystarczy mu siły i determinacji? Tymczasem śledzą ich agenci federalni i policja przekonani, że to ciemnoskóry taksówkarz jest sprawcą wszystkich wydarzeń.
Mann konsekwentnie z upływem czasu podrzuca nam kolejne wskazówki i odsłania kulisy całego planu Vincenta. Ten nie zawaha się ani na chwilę przed wykonaniem wyroku i co trzeba oddać Cruise'owi pokazał złą twarz z pełnym oddaniem. Przygotowany na każdą okazję, działający perfekcyjnie (nikt nie zna jego twarzy) i bez skrupułów, o czym się przekonamy. Postawiony w sytuacji bez wyjścia zakładnik Max przechodzi w trakcie nocnej zmiany prawdziwą metamorfozę. Wydawać by się mogło, że taka atmosfera stworzy pasjonujący dreszczowiec umiejscowiony w nocnym życiu wielkiej metropolii. Tak jednak nie jest, chyba "dzięki" reżyserowi, który po raz drugi po "Gorączce" nadmiernie nadużył długości taśmy filmowej. 30 minut krócej tylko by pomogło filmowi, a tak obserwuję bezproduktywne rozmowy i rozważania nad sumieniem zabójcy. Faktycznie po godzinie przejażdżki wszystkie tryby zaskakują jak należy i akcja nabiera tempa, ale do tego czasu wlecze się jak ślimak. Końcówka (nie zdradzając szczegółów) również luźno trzyma się podłoża - oglądamy niezniszczalnych herosów czy też przyczajonego tygrysa który przebudził się z letargu? Poza Cruisem, któremu należy się wyróżnienie za wiarygodnego czarnego bohatera i w zasadzie przyzwoitemu Foxxowi, to na więcej pochlebstw zdobyć się trudno. Jak patrzę na potencjalnych kandydatów do obsady (role Maxa proponowano Adamowi Sandlerowi, Robertowi de Niro,do roli Vincenta przymierzano Russella Crowe, Edwarda Nortona, Colina Farella, natomiast reżyserię chciano powierzyć Spielbergowi, Scorsese lub Spike'owi Lee) to myślę, że ostateczny wybór był najbardziej trafiony. Chociaż z zaciekawieniem obejrzałbym konfrontację Cruise vs de Niro - puszczając wodze fantazji wyobraźmy sobie scenę w której zabójca przystawia lufę pistoletu taksówkarzowi i każe jechać, na co ten odpowiada: "You talkin' to me?". Dla podkreślenia nocnej atmosfery reżyser nakręcił prawie 80 procent filmu cyfrową kamerą, zaś Tom Cruise dla lepszego wczucia się w rolę nierozpoznawalnego mordercy jako trening przechadzał się niezauważalny w jednym z marketów w Los Angeles. Szkoda, że ten wysiłek nie zaprocentował w pełnym wymiarze.
P.S. Doświadczenie uczy, że do niektórych filmów trzeba dojrzeć, a inne obejrzeć ponownie aby zweryfikować poglądy. "Zakładnik" po kolejnej emisji zyskał w mych oczach. Ogólną ocenę wartości filmu muszę podnieść oczko wyżej. Choć co do zastrzeżeń zdania nie zmieniłem, to mam wrażenie jakbym oglądał ten film bez owych 30 minut wcześniej wspomnianych. Napięcie trzyma się równo fotela taksówki.
|