Ben Affleck, Jennifer Garner, Michael Clarke Duncan, Colin Farrell, Joe Pantoliano, Jon Favreau
Ocena:
RECENZJA:
Kolejna po „Spidermanie”, „Hulku”, „Spawnie”, „X-menie”, „Batmanie”... (można tak w nieskończoność) ekranizacja komiksu. Tym razem mamy do czynienia z niewidomym Mattem Murdockiem (Affleck), który w dzieciństwie stracił wzrok na skutek kontaktu z toksyczną substancją. W zamian wykształcił w sobie pozostałe zmysły do tego stopnia, iż w dorosłym życiu ubiera strój Daredevila i ściga przestępców jak każdy inny (czytaj: widomy) heros. W tym miejscu należałoby wspomnieć o typowych dla takich ekranizacji efektach, pościgach, braku jakiegokolwiek sensu i zakończyć opis.
Tak się jednak składa, że miałem przyjemność przeczytać komiksową historię Daredevila w całej okazałości. I jest to jedna z ciekawszych opowieści wyróżniająca się z tłumu komiksowych superbohaterów pokroju Batmana, Supermena czy Spidermana. Zawiera w sobie duży ładunek dramatyczny sensownie wiarygodny i poruszający realnością opowiedzianych zdarzeń. W przeciwieństwie do wspomnianych „obrońców ludzkości” przypadek Murdocka mógłby się przytrafić każdemu z nas – tyle że niewielu stawiło by mu czoła z tak ogromnym zaangażowaniem jak młody Matt. Jego ojciec został zabity przez odwiecznego wroga Kingpina (Duncan), a żądza zemsty drzemała w chłopaku od początku. Ale najpierw musiał przezwyciężyć własne słabości, opanować sztukę kontaktu ze światem w sytuacji, gdy świata nie widać. Jak powszechnie wiadomo trening czyni mistrza – poprzez żmudną pracę dzieciak osiągnął najwyższy ze szczytów – widział nie otwierając oczu, jego uszy były mu za przewodnika, nos za strażnika a intuicja za obrońcę. Wkraczając w dorosłe życie Matt postanowił oszczędzić innym cierpienia, jakiego sam doznał. Zakładając maskę Daredevila przeistaczał się w nocnego stróża prawa, obrońcę najbiedniejszych cichego niczym wąż i zwinnego jak jaszczurka. Jednak przez cały ten czas nie zapomniał o wrogu, który odebrał mu ojcowską miłość i opiekę, a także o wielkiej miłości swego życia – Electrze (Garner).
Tragizm wspomnianej historii w połączeniu z miłością do życia i powrotu do normalnego społeczeństwa był doskonałą podstawą do stworzenia filmu odrzucającego efekciarskie fajerwerki na rzecz dramatycznej prawdy o ludzkim losie. Niestety zostaliśmy uraczeni typową hollywoodzką papką serwującą w zamian nieprawdopodobne akrobacje głównego bohatera, kompletne spłycenie charakteru postaci, będącej nie adaptacją a parodią Daredevila. Słodziutki Ben Affleck może i pasuje na amanta z „Pearl Harbour”, ale w roli doświadczonego tragedią Murdocka wypada blado, żeby nie powiedzieć tragicznie. Jedynym zauważalnym plusem jest gra Colina Farrella w roli autentycznego psychola.
KOMENTARZE: (1)
1. Napisał(a) Kasia, dnia 08-04-2008 09:09 to najlepszy fim jaki ogladalam jest suuuper :*:*:*
Napisz Komentarz
Proszę utrzymaj temat komentarza związany z przedmiotem artykułu. Publikowane treści nie mogą być wulgarne, rasistowskie, niezgodne z zasadami ogólno pojętych norm kultury, spamerskie itp. Administrator zastrzega sobie prawo do usunięcia bez powiadomienia komentarzy łamiących te zasady.