| Obsada: |
John Cena, Robert Patrick, Kelly Carlson, Anthony Ray Parker
|
Znakomity żołnierz piechoty morskiej zostaje - za sprzeciwienie się rozkazom dowództwa (dzięki samowolce uratował amerykańskich jeńców) – zwolniony ze służby. Powraca do domu aby na nowo ułożyć sobie życie bez armii u boku kochającej żony. W tym samym czasie w innym miejscu grupa złodziei okrada bank z diamentów udanie uciekając policji. Jak łatwo przewidzieć drogi obojga bohaterów zejdą się niepostrzeżenie. Na stacji paliw dochodzi do wybuchowej konfrontacji w skutek czego żona naszego marines zostaje porwana jako zakładniczka, przez zdesperowanych i coraz bardziej nerwowych złodziei na czele z Robertem Patrickiem. Facet wyrusza w pościg, po drodze zmuszając uciekinierów do wybrania bagiennych terenów na pieszą wędrówkę. W takim otoczeniu nasz żołnierz czuje się jak ryba w wodzie, polowanie powinno być zatem skuteczne.
To co z opisu choćby trochę przypominało „Commando”, klimat dżungli znany z „Predatora” lub jakikolwiek film klasy B z marines w fabule – to złudzenie. Zwykle kiepski film poznaję po kilkunastu minutach oglądania, tak było i tym razem. Żałosne rozwiązania bądź pusta jak wydmuszka akcja rzucają się w oczy za każdym razem w obrębie kilku minut od rozpoczęcia seansu. Tylko nieliczni twórcy „potrafią” zakamuflować swą nieudolność, która wychodzi dopiero w połowie filmu a my przekonujemy się, że straciliśmy bezpowrotnie godzinę na ewidentny bubel. Ku swej zgubie ulegam często złudzeniu pierwszych minut, mając płonną nadzieję „a może dalej będzie lepiej”. Zwykle nie bywa.
Wystrzelanie ponad czterech magazynków z broni maszynowej do samochodu dziurawi go jak sito. Co się dzieje z kierowcą? Jeśli jest nim nasz główny bohater to wychodzi bez szwanku, ba... nawet zadrapania! Biorąc pod uwagę, że wcześniej jego auto ląduje w przepaść a facet w powietrzu wyskakuje z płonącego pojazdu i gładko zanurza się w rzece – śmiem twierdzić, że scenariusz pisano na kolanie u cioci na imieninach. Chociaż czy ten film ma w ogóle jakiś scenariusz? Wysoki jak brzoza, a głupi jak... – to się tyczy naszego wojaka. Z talentem obrywania po gębie nie wygląda na rasowego marines. A na wrestlingowym ringu zapewne nie daje sobie w kaszę dmuchać, gdyż na co dzień nasz heros pracuje jako artysta-udawacz dla stacji traktującej o wrestlingu. To ona pomagała również w promocji filmu na swej antenie, co chyba nie odniosło większego skutku. Co się tyczy Johna Ceny to buźkę ma nawet sympatyczną, nieco podobną do Matta Dammona, ale minął się z powołaniem. Tak samo jest z „Marine”, które jest prawie jak film. A jak wiadomo prawie robi dużą różnicę.
|