| Obsada: |
Steve Oedekerk, Fei Lung, Leo Lee, Lin Yan, Jennifer Tung
|
Pomysł na film był iście szatański. Otóż twórca scenariusza, reżyser i odtwórca głównej roli zarazem Steve Oedekerk stworzył coś z niczego. A mianowicie cały obraz jest montażem scen z tajwańskiego filmu z roku 1977 którego nazwy nie będę przytaczał, gdyż brzmi wystarczająco dziwnie. Po selekcji cyfrowo wstawiono bohatera w wir akcji, na nowo zdubbingowano film dodając kilka efektownych ujęć. To najlepsze i najbardziej znane przedstawia pojedynek kung-fu bohatera z krową jak najbardziej łaciatą. Wielu zapewne widziało ten krótki filmik w Internecie, ale założę się że niewielu wie skąd pochodził. Druga warta zapamiętania sekwencja bitewna ma miejsce na początku filmu, kiedy to niemowlę uznane za wybrańca daje popis stawiając opór złemu Mistrzowi Bólu. Niestety jak dla mnie na tym kończą się zalety.
Fabuła traktuje o narodzinach człowieka – znajomy mit wybrańca – który przeciwstawi swą moc najpotężniejszemu przeciwnikowi wspomnianemu już wcześniej. Od małego i nieświadomego brzdąca po dojrzewanie i odkrywanie w sobie daru. Mówiąc prościej: od zera do bohatera. Styl prezentacji przypomina tandetne kino kopane z Azji, wszak na takim bazuje. Co miało być zapawne to oczywiste przesłanki do sparodiowania tego gatunku. Tyle, że „Kung Pow” wcale nie śmieszy, parodia jest marną i żal patrzeć na coś, czemu brak scenariusza. Bardziej należy potraktować go jak nowatorski eksperyment. Oedekerk nie jest postacią znikąd, ma na swym koncie scenariusze do całkiem popularnych komedii – „Ace Ventura”, „Gruby i chudszy” czy „Bruce Wszechmogący”. W tej wszechmogącej roli reżyser, scenarzysta, aktor jednak sobie nie poradził. Z ciekawostek na koniec filmu możemy obejrzeć za kulisowe efekty obróbki cyfrowej, którą – to trzeba uznać za plus – bardzo zręcznie twórca wmontował w stare kino.
|