| Obsada: |
Jennifer Garner, Goran Visnjic, Kirsten Prout, Will Yun Lee, Terence Stamp, Natassia Malthe
|
O fatalnej ekranizacji „Daredevila” można poczytać w innym miejscu. Ten film to mówiąc delikatnie „odpad” (choć amerykanie ładnie nazywają takie cuda „spin off”) po wspomnianym obrazie. Ukochaną niewidomego bohatera zagrała Jennifer Garner na tyle przekonująco, iż twórcy zamiast kontynuować losy Matt’a Murdock’a przerzucili historię w stronę Elektry. Dla niewtajemniczonych bohaterka cudem ocalała od śmierci wstępując do grona super wyszkolonych zabójców na zlecenie. Tajniki wiedzy poznawała pod czujnym okiem weterana ekranu Terence’a Stampa. W jednym z ostatnich zleceń ma zabić ojca i jego córkę – jak się wydaje zupełnie niewinnych ludzi. Ale wtedy następuje zwrot akcji tak potężny, że podłoga huczy od wstrząsów. Elektra postanawia bronić wytypowany do likwidacji duet, co po czasie przyniesie oczekiwany (czytaj: wyjaśnią dlaczego byli „niewinni”) skutek.
No cóż, Ameryki nie odkryję jeśli powiem że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Poza urodziwą aktorką, znaną w pewnych kręgach jako „Agentka o stu twarzach” i równie znanego z serialu „Ostry Dyżur” Gorana Visnjica, obraz nie ma nic do zaoferowania. Nie dziwi brak promocji ze strony wytwórni co zaowocowało finansową klapą. Był pomysł na gościnny występ Afflecka (prywatnie męża Garner) ale w ostatecznym montażu scena z jego udziałem wypadła z obiegu. Nie ma nad czym się zastanawiać ani pastwić, gdyż „Elektra” jest zwyczajnie słabiutką pseudo komiksową adaptacją pokroju zabili go i uciekł. Nawet w kategorii odprężającej rozrywki pozbawionej myślenia ustawił bym ją bliżej końca stawki. Dla zainteresowanych damsko-damskimi zbliżeniami: scenę pocałunku Garner-Malthe nominowano do filmowej nagrody MTV. Ustąpiła na szczęście miejsca bardziej romantycznej w wykonaniu Rachel McAdams i Ryana Goslinga.
|