| Obsada: |
Chris Evans, Cillian Murphy, Rose Byrne, Michelle Yeoh, Troy Garity, Mark Strong
|
Początek filmu narzucił skojarzenia z klasykiem Kubricka „Odyseja kosmiczna” – równie ascetyczny w wymowie, stonowany z akcentem na przekaz obrazem. Przyznam szczerze, że w późniejszych scenach również miałem podobne odczucia i co ważne nie były one przesadzone. Ten film bez dialogów oglądałoby się równie ciekawie. To zdjęcia tworzą atmosferę, a w kinie science fiction pokusa przekombinowania z efektami jest równie wielka co wypicie wody na pustyni. Żeby nie było nieporozumień – to nie kino filozoficzne w stylu „Solaris” ale również daleko mu (ku mojej uciesze) do filmów pokroju „Misji na Marsa” czy „Armageddonu”.
W niedalekiej przyszłości Słońce zacznie się wypalać tracąc swą moc. Na Ziemi zapanuje wieczna zima przez co zmuszeni takim obrotem zdarzeń ludzie (jak zwykle po fakcie, wszak nie od dziś wiadomo że lepiej zapobiegać niż leczyć) wysyłają w kierunku najjaśniejszej z gwiazd ekipę statku „Icarus”. Jej celem jest dotarcie jak najbliżej gwiazdy i zrzucenie ładunku wybuchowego dzięki czemu narodzi się ona ponownie. Tyle że pierwsza ekspedycja zaginęła bez śladu, w ślad za nią ruszyła kolejna. Na jej pokładzie specjaliści z każdej dziedziny w drodze ku ocaleniu ludzkości.
Jeśli w tym momencie ktoś ma skojarzenia z niepokonanym Brucem Willis’em, niech szybko zapomni o fajerwerkach z mega produkcji Michaela Baya. Nasi bohaterowie staną przed dylematem: iść oznaczonym kursem czy zboczyć w celu poszukiwania zaginionych poprzedników a co za tym idzie przejęcia ich statku i ładunku zwiększając szanse na sukces misji. Oczywiście wybiorą wariant drugi, ale to żadna tajemnica gdyż kino lubi komplikować rzeczy niemal proste jak drut. Tyle, że spotkanie z poprzednim „Icarusem” nie będzie już takie proste jak wyglądało w założeniach...
Walorem filmu poza ograniczoną pokusą do efektów jest nieopatrzona obsada aktorska. Twarze niby znajome ale zwykle drugoplanowe, w odpowiednim nagromadzeniu tworzą ekipę pierwszej klasy. Opowieść unika schematów i banałów – chodzi o ocalenie ludzkości, ale przecież w sytuacji zagrożenia każdy myśli o własnej skórze a nie kilku miliardach populacji zostawionych na Ziemi. No i ta fascynacja słońcem granicząca niemal z obsesją. Patrzenie nań działa jak narkotyk dla niektórych członków załogi. Jest coś mistycznego w tym uwielbieniu, być może skazani na oglądanie jedynie takiego obrazka sami popadlibyśmy w uzależnienie. Czy misja się powiedzie zdradzić nie mogę ale atmosfera podróży i momentami tajemniczość wiele ma z dzieła Kubricka. No i jeszcze ten komputer pokładowy, co prawda nie tak samozwańczy jak Hall ale jednak. Podobno podążanie w kierunku światła ma zbawienne skutki, ale nie zawsze musi być przyjemne.
|