 |
Tytuł: |
Dirty Dancing: Havana Nights
|
| Obsada: |
Diego Luna, Romola Garai, Sela Ward, John Slattery, Patrick Swayze
|
Czy można stworzyć udaną kontynuację kultowego filmu? Można ale nie w tym przypadku. Po 15 latach spróbowano odtworzyć atmosferę porywającego tańca w klimacie kubańskich rytmów. I choć wybór miejsca wydaje się trafiony, to już realizacja samego pomysłu woła o pomstę do nieba. Żywcem przepisano cały scenariusz mydląc oczy kubańskimi krajobrazami (a naprawdę puerto ricańskimi). A więc po kolei: znów mamy młodą Amerykankę przybywającą do nowego otoczenia, znów oczaruje ją zakazany taniec, znów będzie się przystawiał do niej bogaty dupek (za aprobatą rodziców), znów dziewczyna znajdzie nauczyciela-tancerza z niższych sfer, wreszcie znów wystartuje z nim w konkursie tańca i... na tym można by zakończyć ten mydlany maraton. Choć podobieństw z pewnością jest więcej. Co za tym idzie wszystko jest przewidywalne od samego początku po samiuteńki koniec. Wspomniana wcześniej muzyka również nie zachwyca - jestem pewien, że można znaleźć bardziej porywające kubańskie kawałki (tutaj występuje pewien paradoks, gdyż słuchając soundtracku wibrujące rytmy od razu przypadły mi do gustu - w filmie to się jakoś rozpływa). Nauka tańca wygląda żałośnie - niby Katey uczy się latynoskiej ekspresji w tańcu (a ponieważ jest wytrawną tancerką więc przychodzi jej to z łatwością) by po chwili szaleć na parkiecie jak mistrzyni. Zaraz potem znów (to słówko chyba najlepiej pasuje do całej tej recenzji) udaje nie wtajemniczone w rytm beztalencie. Odtwórczyni tej roli Romoli Garai brakuje błysku w oku i zadziorności Jennifer Grey z "jedynki", choć czasami potrafi oczarować to przez większą część filmu wygląda nijako.
Co innego Diego Luna, pełnokrwisty Kubańczyk od którego emanuje energia i ognisty temperament - choć to bardziej nastoletni dzieciak niż dojrzały buntownik z charakterem. Patrick Swayze pojawia się tylko na krótką chwilę w małym epizodzie, za to wejście ma jak za dawnych lat. Nieświeża fabuła (lepiej by było, gdyby nie nawiązywać tytułem do poprzednika - uniknęlibyśmy miażdżącego porównania), smętna muzyka i brak jakiegokolwiek klimatu (mimo iż lada dzień wybuchnie rewolucja, to nie odczuwa się tego w ogóle) sprawiają wrażenie ewidentnego skoku na kasę i sentyment wychowanego na "Dirty Dancing" pokolenia. Patrząc na scenę treningu w wodzie dosłownie skopiowaną z tamtego hitu uświadamiam sobie jedno: reżyser nie zaoferował nic ponad to co już znałem. Wręcz przeciwnie, zaserwował odgrzewane danie w dodatku przypalone.
|