| Obsada: |
Marek Kondrat, Janina Traczykówna, Bożena Dykiel, Cezary Pazura, Andrzej Grabowski
|
Kontynuacja i chyba zwieńczenie spostrzeżeń na temat życia przeciętnego Polaka zagubionego we współczesnej rzeczywistości. Nazywa się Adam Miauczyński (Marek Kondrat, wcześniej Cezary Pazura) i jest przedstawicielem inteligenckiej klasy średniej - nauczyciel, który w ciągu jednego dnia zaprezentuje (a oczami reżysera wyśmieje, skrytykuje, uwidoczni etc.) Polskę i Polaków wpływających nań jak płachta na byka. Pedantyczny, drobiazgowy i mocno zdegustowany obecnym losem bohater nie może się pogodzić ze swoim losem. Dlaczego tak jest? W demokratycznym kraju można dostać świra już od przebudzenia - i tak dzień w dzień. Jak wspomina 8 lat podstawówki, 4 liceum i jeszcze studia - tylko na co poszły te lata nauki gdy pani przy kasie wypłaca marną pensję?
Nie brakuje w filmie trafnych i jakże oczywistych spostrzeżeń, tak bardzo irytujących każdego z nas. Niekiedy stały się tak oczywiste, iż przestaliśmy zwracać na nie uwagę - ale nie Adam. On przypomina nam o walce z wiatrakami, o stercie reklam w skrzynce pocztowej, o psich odchodach na trawniku, o ludzkiej głupocie i bezradności wobec niej. Chciałby mieć święty spokój nikomu nie przeszkadzając, jednak dlaczego tego samego nie może otrzymać od innych? Jak przystało na Koterskiego dialogi są nieźle napisane, z garścią sugestywnych puent. Mam jednak wrażenie, że tym razem za dużo wrzucił do jednego garnka - przemyślenia Miauczyńskiego długimi momentami nudzą, niepotrzebnie się wydłużają, denerwujące jest powtarzanie tych samych słów. Szczegóły z podcierania sobie tyłka czy mieszania herbaty raz w lewo raz w prawo są "dowcipami" niskich lotów. Jest kilka komicznych sytuacji (a nawet tragikomicznych) no i Kondrat wypada bardzo wyraziście i przekonująco. Niemniej śmiem twierdzić, iż najlepsze z całego cyklu jest "Nic Śmiesznego" - idealnie skrojone na miarę studium kompleksów zagubionego "maluczkiego" z miłosnymi rozterkami. "Ajlawju" to jakby sequel "Nic śmiesznego", ale daleki od poprzednika we wszystkich płaszczyznach filmowego rzemiosła. "Dzień Świra" zawiera w sobie sporo prawdy, której mimo wysiłku reżysera nie przyswoiłem z dobrym smakiem. Dla jednych to film wybitny, dla drugich ordynarna głupota - nagroda na festiwalu w Gdyni i Złota Kaczka dla Kondrata oraz Orzeł za scenariusz to opinia krytyki. Moja na razie jest słaba, ale jak sobie przypomnę że po pierwszej emisji "Nic śmiesznego" nie polubiłem tego filmu, a po kolejnych zakochałem się w nim więc wszystko możliwe. "Dniem Świra" delektowałem się dotychczas dwa razy zmieniając nastawienie z kompletnego dna na mieliznę. Może czas zweryfikuje ten pogląd...
P.S.
Piszę te słowa po wielokrotnej sesji "świrowania" z filmem Koterskiego i z ręką na sercu przyznaję się do zmiany opinii. Delektowanie dialogami w ustach Kondrata sprawia mi nie mniejszą przyjemność niż sam film. Wciąż jednak jestem zdania, iż wspomniane wcześniej momenty są wydłużone i przerysowane do granic absurdu. Irytują mniej, ale w końcu do wszystkiego można przywyknąć - nawet beznadziejna piosenka puszczana w radio po raz pięćdziesiąty w końcu wpadnie w ucho i złagodzi nasze podrażnione nerwy. Podobnie tutaj, choć przypominam sobie przypadki z autopsji oglądania wykrzywionych ludzi i pod tym względem. Obecnie jestem na etapie znajomości z kontynuacją przygód Adasia "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" - historia lubi się powtarzać, nie strawiłem tej łyżki dziegciu ale to już zupełnie inna historia...
|