| Obsada: |
Scott Mechlowicz, Jacob Pitts, Matt Damon
|
Prostacka i prymitywna komedia traktująca o wycieczce czwórki młodych Amerykanów po Europie. Dwoje z nich, rodzeństwo Jenny i Jamie przybyli na Stary Kontynent w celach turystycznych. Scott i jego kolega Cooper w poszukiwaniu internetowej miłości tego pierwszego - Niemki Mieke. Ich podróż zaczyna się w Wielkiej Brytanii, a ściślej w Londynie - następnie przez Paryż, Amsterdam, Bratysławę aż do Berlina. W każdym z tych miast spotkają stereotypy panujące zapewne w powszechnej świadomości przeciętnego amerykańskiego nastolatka. I tak w Londynie banda chuliganów - kibiców Manchesteru United uzna ich za "swoich" podwożąc piętrowym autobusem do Paryża. Muszę przyznać, że epizod z kibolami jest najzabawniejszy z żenującej całości - potem coraz głębiej zanurzamy się w bagno. Kto nie wiedział temu przypominam, że Francuzi to żabojady i dziwaki, Włosi to pedały napastujące swoje ofiary w pociągach, Amsterdam jest wart odwiedzenia tylko ze względu na domy publiczne, a Bratysława to trzeci świat - budynki jak po wojnie w Czeczenii i ogólne zadupie. Oczywiście w Niemczech dzieci już od najmłodszych lat wychowywane są w duchu Adolfa Hitlera, a w Rzymie z Papieża można zrobić, przepraszam za obrazę, idiotę.
Nasuwa się pytanie: czy to wina głupiego społeczeństwa które jest odbiorcą tego filmu, czy też reżyser jest skończonym kretynem (trudno to stwierdzić bo to jego pierwszy film), a może jest to podszyta ironią aluzja? Skłaniałbym się ku dwóm pierwszym wersjom z przewagą na "intelekt" reżysera. W Stanach "Eurotrip" furory nie zrobił - wręcz okazał się klapą, tak więc można mieć nadzieję że jednak nie taki wilk (Amerykanin) straszny jak go malują. Po drugie dużo już widziałem amerykańskich filmów o Europie, które nie potwierdzają tezy o kretynizmie twórców( a więc ten przypadek jest odosobnionym). Z komedii przychodzi na myśl "W krzywym zwierciadle: Europejskie wakacje" - film o przygodach rodziny Griswaldów po Europie, o dwie klasy zabawniejszy od "Eurotrip". Po trzecie w całym tym bagnie absurdu nagle wyłaniają się takie oto rodzynki: dowiadujemy się że w Rzymie wybór Papieża oznajmia się dymem z komina, a jego śmierć dzwonami. Te ciekawostki nijak pasują do całości wyśmiewającej stereotypy, które dawno nimi przestały być. Więc może jednak inteligentna parodia? W jakimś sensie chyba tak, choć może nie było to intencją twórcy. Jakby nie patrzeć z tego filmu wyłania się obraz młodego Amerykanina będącego debilem napalonym na miłosne rozrywki w Europie, który ma takie pojęcie o naszym kontynencie jak ja o uprawie ryżu w Chinach.
|