| Obsada: |
Halle Berry, Benjamin Bratt, Sharon Stone, Lambert Wilson
|
Wiele niedobrego przeczytałem o tym filmie zanim go zdążyłem obejrzeć i szczerze powiedziawszy podchodziłem do niego z pewną obawą. Otóż z gazet i internetowych dyskusji wyłaniał się obraz totalnego kiczu, zmieszanego z błotem, dodatkowo popartego amerykańskimi Złotymi Malinami w kilku kategoriach (m.in. dla Halle Berry, która jako jedna z nielicznych hollywoodzkich "gwiazd" odebrała nagrodę osobiście parodiując przy tym swój występ z oscarowej gali - trzeba przyznać, że pokazała klasę) dla najgorszego z możliwych gniotów. Dlaczego jednak skusiłem się na seans z Kobietą Kotem? Może z czystej ciekawości, a być może dlatego iż już kilka razy wszechobecne opinie nie pokrywały się z moimi odczuciami dotyczącymi filmów. Intrygowała mnie też konfrontacja obecnego wizerunku komiksowej bohaterki z postacią wykreowaną przez Tima Burtona a zagraną świetnie przez Michelle Pfeiffer w "Powrocie Batmana". Dla porządku powiem tylko krótko o co chodzi: nieśmiała pracowniczka kosmetycznego giganta Patience Phillips (Berry) przypadkowo odkrywa szkodliwe działanie nowego specyfiku dla pań, za co zostaje zlikwidowana. Biorąc pod uwagę nieziemskie możliwości pewnego egipskiego kociaka, który obserwował kobietę od jakiegoś czasu, musimy sobie uzmysłowić fakt, że uśmiercenie było tylko chwilowe - Patience po ugryzieniu przez wspomnianego futrzaka powraca do życia jako Kobieta-Kot ze wszystkimi cechami tego zwierzęcego osobnika i urokiem płci pięknej. Teraz jest odważna, waleczna i dzika a jedynym celem jest zemsta za "śmierć".
Jeżeli wiadomo już o co chodzi to spokojnie możemy zapomnieć o fabule, scenariusza tak naprawdę nie ma a wszystko jest zlepkiem efektownych (albo i nie) prezentacji współczesnych speców od komputerów. Od strony wizualnej prezentuje się przyzwoicie poza jednym drobnym, ale rażącym szczegółem - animacją głównej bohaterki. Jest beznadziejnie sztuczna, przez co akrobatyczne popisy kocicy tracą na wiarygodności. Niemniej pozostała część z komiksowymi zdjęciami cieszy oko, a już najbardziej obcisły kostium Halle Berry. Aktorstwa w tym za grosz nie ma, pomimo kilku interesujących postaci z Sharon Stone i Lambertem Wilsonem (to ten wysmakowany Francuz z "Matrixa") na czele. Reżyser Pitof niewiele mi mówi, zaglądając do pomocniczych źródeł dostrzegłem tak naprawdę bardziej specjalistę od efektów specjalnych ("Asterix i Obelix", "Obcy 4") niż reżysera, niemniej to jego druga pozycja w tej dziedzinie (pierwszy był "Vidoq") i jeśli znajdzie sobie odpowiednich współpracowników to może się pokusić o dobre filmy. Mimo wszystkich niepoprawności oglądałem już gorsze produkcje przy których oczy same się zamykały. Na dziele Pitofa przynajmniej można się lekko uśmiechnąć patrząc na te nieprawdopodobne wygibasy, dla fanów Berry jest kogo podziwiać a całość radzę przyjąć jako wybujałą fantazję za 85 mln dolarów łatwo przyswajalną przez organizm nie nastawiony na przebojową ekranizację komiksu.
|